Moja historia z boreliozą
Odkąd pamiętam, czułem się źle. Byłem młody, dwadzieścia kilka lat, a moje ciało już wtedy wysyłało sygnały, których nikt nie potrafił zrozumieć. Znajomi się śmiali, mówili hipochondryk. Lekarze mówili o psychosomatyce, a ja coraz bardziej czułem, że coś mnie niszczy od środka.
Z czasem mój stan się pogarszał.
Chudłem, słabłem, trudno było mi chodzić — kolana odmawiały posłuszeństwa tak bardzo, że dostawałem bolesne zastrzyki bez większej poprawy.
Pojawiały się omdlenia, zaburzenia widzenia i słuchu, problemy z błędnikiem, wielodniowe migreny. Padałem na ziemię i nikt nie wiedział, dlaczego. Czasami byłem oceniany, jakbym brał używki. Rezonans głowy nic nie pokazał, a ja wciąż gasłem.
Napięcia mięśniowe nie pozwałały normalnie funkcjonować.
Schudłem do 52 kilogramów przy 176 cm wzrostu. Cokolwiek jadłem, nie zostawało w organizmie. Układ pokarmowy był w chaosie, a odporność właściwie nie istniała.
Przez lata odbijałem się od lekarzy — nie dlatego, że nie chcieli pomóc, ale dlatego, że ta choroba idealnie ukrywa swoje ślady.
Wyniki badań były niejednoznaczne, a ja coraz bardziej znikałem.
Po około 10 latach zrobiłem postawione z desperacji badanie biorezonansem, dzięki mojej Mamie, która znalazła to rozwiązanie i cały czas mnie wspierała.
Usłyszałem pierwszy raz: „Ma pan boreliozę, neuroboreliozę i koinfekcje.” Nie wiedziałem jeszcze, co to znaczy. Myślałem, że to drobiazg. Ale szybko zrozumiałem, że to początek zupełnie nowej drogi.
W międzyczasie pojawiła się doktor specjalizująca się w tradycyjnej medycynie Chińskiej, która prowadziła mnie z ogromną determinacją. Jej upór i troska miały ogromny wpływ na to, że przetrwałem.
Lata mijały, a mój stan nadal był zły.
W 2018 roku byłem tak wycieńczony, że czułem, iż to może być koniec.
Nie znam słów, które oddałyby tamte objawy — one były ponad językiem. Neuroborelioza, alergie pokarmowe, zaburzenia neurologiczne, skrajne wyczerpanie.
Pod koniec 2018 roku pojawiła się informacja o intensywnej terapii biorezonansowej na Śląsku. W styczniu 2019 pojechałem tam na dwa tygodnie.
Każdej nocy byłem podłączony na 12 godzin do urządzenia, które walczyło z boreliozą, pasożytami, patogenami.
Wróciłem do domu w dużo lepszym stanie — choć nie zdrowy, to po raz pierwszy od lat zdolny do normalnego funkcjonowania.
To był też początek mojego rozwoju duchowego: Reiki, medytacje, procesy energetyczne, praca z podświadomością. Od 2019 do 2024 żyłem względnie stabilnie.
Aż nagle — pod koniec 2024 — borelioza wróciła z ogromną siłą.
Objawy narastały z tygodnia na tydzień. Synek widzący mnie leżącego całaymi dniami pytał czy kiedyś będę zdrowy. Wiedziałem, że nikt mnie tym razem nie uratuje. Musiałem sam znaleźć drogę.
I znalazłem.
Kupiłem zaawansowane urządzenie biorezonansowe — takie, które działało jak laboratorium.
Codziennie pracowałem godzinami. Do tego zioła, oczyszczanie pasożytów, toksyn, metali ciężkich.
W tym czasie odkryłem coś niezwykle ważnego: negatywne emocje odbijały się bezpośrednio na wyniku boreliozy i moim samopoczuciu.
Kiedy byłem spokojny, wynik bioenergetyczny był dużo niższy.
Kiedy doświadczałem lęku, depresji, negatywnych myśli — pomiar następnego dnia gwałtownie rósł.
To nie była teoria. To były twarde dane, które obserwowałem na sobie.
Emocje — szczególnie te ciężkie — dosłownie wzmacniały aktywność choroby.
Wkrótce odkryłem, że boreliozę mają również mój syn, ojciec i brat.
Wszyscy z objawami podobnymi do moich. Wiedziałem wtedy, że muszę pomóc nam wszystkim.
I zrobiłem to — dzięki biorezonansowi, ziołom, wiedzy, której uczyłem się latami.
Ale mimo poprawy czułem, że coś jeszcze mnie trzyma. Coś niefizycznego.
I wtedy, pewnego poranka podczas medytacji, przyszła jedna myśl: „Ustawienia systemowe.” Zalałem się łzami. Płakałem pół dnia, jakby przez lata mój system czekał, aż wreszcie to zrozumiem.
Znalazłem specjalistkę od ustawień Hellingerowskich, którą poczułem całym sobą.
Jedna sesja wystarczyła, by rozpoczął się proces uzdrowienia — głęboki, prawdziwy.
Pracowaliśmy nad wzorcem rodowym ze strony ojca. To, co tam uwolniliśmy, pozwoliło mojemu ciału wrócić do życia.
Po dwóch tygodniach poczułem zmianę. Zdecydowałem się na kolejne sesje ustawień.
W ciągu dwóch miesięcy przytyłem ponad 15 kilogramów. Czułem się mocniejszy niż przez poprzednie 20 lat.
Moja praktyka duchowa — Reiki, medytacje, praca z energią oraz kryształami — zaczęła się rozwijać w sposób naturalny, głęboki, potężny.
Dziś, choć minęło dopiero 9 miesięcy od mojego „przebudzenia zdrowia”, czuję, że wracam do pełni.
Moje ciało odbudowuje się z tygodnia na tydzień. Wzmacniam je ćwiczeniami rehabilitacyjnymi, które nie są przyjemne ani łatwe.
Codziennie budzę się o 4 rano, medytuję z moją rodziną kryształów, rozwijam swoje zdolności.
A od niedawna — wspieram innych w ich procesach uzdrawiania poprzez zabiegi energetyczne.
I wiem już, że moja droga przez chorobę nie była karą. Była inicjacją.
Prowadziła mnie tam, gdzie jestem teraz — do siły, świadomości, praktyki, misji.
W czasie choroby jeden człowiek był moim nieustannym fundamentem. Moja żona.
Ona widziała mnie tam, gdzie inni patrzyli, ale nie dostrzegali. Była przy mnie, kiedy nie miałem już siły udawać, że jest „ok”.
Dźwigała razem ze mną moje lęki, moje wyczerpanie, mój ból.
Gdy inni mówili, że przesadzam, ona mówiła: „Wierzę ci.” Ta wiara była dla mnie ratunkiem.